M.I.M.E.O. w Polsce
2009-12-03, Robert Dołęga
fennesz noise live muzyka electronic event festiwal wigry kościół MIMEO orkiestra koncert Marcus Schmickler Gert-Jan Prins
Już jakiś czas temu to było, ale nie jest to odgrzewany kotlet. Pierwszy koncert orkiestry elektronicznej MIMEO miał miejsce w Domu Pracy Twórczej w Wigrach w weekend 13 listopada 2009 - 14 listopada 2009. Był to finał cyklu: „Półwysep Nowej Muzyki”. O wydarzeniu wiedziałem od kilku miesięcy i od samego początku zacierałem ręce przed tą uczą. Samo koncert miał być unikalny z kilku powodów. Po pierwsze logistyczne wyzwanie – zebranie tak wielu muzyków prowadzących swoje liczne projekty w jednym miejscu. Po drugie miejsce – gdzieś na Pojezierzu Suwalskim w Kościele pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, który jest otoczony przez jeziora.
Ja i moi ziomale (Madzia, Asia i Marcin), bez których ten wieczór nie wyglądałby tak samo byliśmy tylko ja jednym koncercie, tym kończącym, sobotnim.
Pierwsze wrażenia to: daleko, zimno, ciemno oraz zadziwiająco dużo ludzi. Czułem się jak na sumie w niedzielę. Wszystkie ławki zajęte nawet niektóry stali
gdzieś pomiędzy. Oczywiście w odróżnieniu do mszy nie było księdza na ambonie, nie było też kazania i tacy. Było za to kilkunastu muzyków, którzy rozsiedli
się w przejściu głównym ze swoimi urządzeniami, oraz oczywiście dźwięki które generowali.
Pomimo liczby członków oraz różnorodności sprzętu jaki był zaangażowany nie dało się usłyszeć kakofonii. Nie chcę tutaj pisać, że kakofonia jest czymś złym i nie daje się słuchać tudzież nie może ona być jakimś etapem przejściowym do kolejnego stanu. Chcę tylko zaznaczyć jaki klimat panował podczas koncerty. Było zimno, muzyka była łagodna, spokojna oraz przyjemna. Od czasu do czasu pojawiały się okresy podniosłe podczas których amplituda zdecydowanie rosłą, jednak głównie dało się słyszeć styl MIMEO. Podczas półtorej godzinnego jednego setu przyznam, że trzy razu przysnąłem ale to raczej ze zmęczenia spowodowanego dojazdem a nie samym koncertem. Pierwszy raz byłem w kościele na takim koncercie. Akustyka w muzyce elektronicznej jest bardzo ważna i to dało się odczuć wtedy. Nie bez kozery MIMEO to prawdziwa elektroniczna orkiestra.
i jeszcze kilka zdjęć z koncertu
Materiał video
Więcej:
Zorn Fest
2009-07-04, Robert Dołęga
warszawa muzyka event festiwal WSJD Zorn Electric Masada The Dreamers Sala Kongresowa koncert
Pierwszy raz udało mi się być na koncercie w ramach Warsaw Summer Jazz Days, był to również pierwszy od dłuuugiego czasu koncert w Sali Kongresowej.
Nie było wnoszenia sztandaru, był Zorn Fest czyli święto Johna Zorna, więc musiałem na tym być :)
3 lipca w Sali Kongresowej zagrali w kolejności: John Zorn Quartet (Anthony Braxton - sax, John Zorn - sax, Bill Laswell - bass, Milford Graves - drums) The Dreamers (Marc Ribot - guitar, Jamie Saft - keyboards, Kenny Wollesen - vibes, Trevor Dunn - bass, Joey Baron - drums, Cyro Baptista - percussion, John Zorn - director) Electric Masada (John Zorn - sax, Marc Ribot - guitar, Jamie Saft - keyboards, Kenny Wollesen - drums, Trevor Dunn - bass, Joey Baron - drums, Cyro Baptista - percussion, Ikue Mori - electronics)
Było pięknie chociaż trochę dziegciu pojawiło się.
John Zorn Quartet z Laswell na basie i tym jednoznacznie rozpoznawalnym stylem gry Zorna był nie tylko aperitifem ale ucztą przed ucztą. Prawdziwy jazz jak to mówił przed koncertem Adamiak. Graves grał strasznie nierytmicznie, jakby balansował, jakby grał od niechcenia. W drugim secie zrobił dla mnie coś dziwnego. Wyszedł do publiczności i zaczął tańczyć z jednym fanem i fanką, co skończyło się wzięciem 'na barana' tego pierwszego. W sumie coś irytującego dla tego na górze. Oczywiście panowie stworzyli przyjemne dla ucha chwile, z dużą ilością improwizacji, solówek. Było głośno i dynamicznie, Było dobrze.
Potem około godzinny koncert dali The Dreamers, Zorn jako dyrygent. Chyba nie znam bardziej przyjemnej muzyki w odbierze. Strasznie lekka, łagodna, melodyjna. Bardzo liczny osobowo skład grupy, dużo nietypowych - można powiedzieć - instrumentów. Marc Ribot oczywiście się wyróżniał, generował różnicę, wszyscy jakby tworzyli tło a on akcenty (nawet z zerwaną struną). Poznawanie Zorna (chyba) od Dreamersów polecałbym.
Na koniec Electric Masada, czyli The Dreamers z Zornem. I pomimo zaangażowania, pomimo życia tym co robią, pomimo gry Zorna, która była podobna do tej z pierwszego koncertu, była piękna. Pomimo dyrygowania Zorna, które czasami, widać przeszkadzało mu grać, pomimo tego że widać było, że to jest prawdziwy zgrany zespół, cos było nie tak. I tutaj powiem o tym dziegciu. Podczas trzeciego koncertu, Electric Masada słychać było straszny beat w tle, nie był to beat Electric Masada, tylko beat płynący z klubu nieopodal - Mirage. Było to żałosne i trzeba o tym powiedzieć. Podczas przerw w graniu Electric Masada bardzo słyszalne, nie wiem co sobie o tym myślał Zorn, gdyż na 100% to słyszał również. Podczas gry Electric Masada beaty przeszkadzały w odbierze, jakże wysublimowanych dźwięków ekipy Zorna. Nie wiem czyja to wina ale w pierwszej kolejności pytałbym organizatorów.
Mimo wszystko zadowolony byłem z tego, że się wybrałem.
Więcej:
Musica Genera 2009
2009-06-29, Robert Dołęga
noise warszawa muzyka electronic event festiwal Musica Genera powiększenie









