Od 2002 roku odbywający się w Szczecinie od 2007 roku chciałem się na niego wybrać, jakoś zawsze brakowało charyzmy. Jednak sprawdziło się przysłowie i Mahomet przyszedł do góry, edycja 2009 festiwalu Musica Genera odbywała się w Warszawie. Więc nie było wyjście i musiałem pójść :)
Generalnie zaangażowane były trzy miejsca: Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy im. Gustawa Holoubka, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie i klub Powiększenie. Nie było mnie w Muzeum i nie byłem na wszystkich koncertach w pozostałych miejscach. Jednak to co usłyszałem/zobaczyłem wystarczyło mi w zupełności. W sumie ostatni koncert tak mnie naładował, ze nie szukałem ostatnio niczego do słuchania z tego nurtu muzycznego.
Z retrospekcji wyszło, że byłem na siedmiu koncertach.
piątek - Franz Hautzinger/Gert Jan Prins/Christian Wolfarth, PAN SONIC
sobota - Martin Brandlmayr/Reinhold Friedl/Jérôme Noetinger, Marcus Schmickler, Lasse Marhaug/John Wiese
niedziela - SYNCHRONATOR, JAZKAMER
Oczywiście festiwal miał jak dla mnie dwie gwiazdy: PAN SONIC i JAZKAMER.
Zacznę więc od nich.
PAN SONIC, niczym Chemical Brothers zapodawali tłuste bity jednak w odróżnieniu od grupy z UK, muzyka chłopaków z Finlandii była przesiąknięta noisem. Można powiedzieć, że nie było 10 sekund bez przyjemnego, bardziej lub mniej, mruczenia. Mika Vainio i Ilpo Väisänen zaczeli z wysokiego „C”. Prawie godzinny występ pełen zgrzytów, wszelkiej maści basów, elektryzujących bitów mógł się podobać. Bardzo głośny przekaz był udekorowany dość surową i minimalistyczną (co jest raczej standardem w tego typu muzyce) wizualizacją, która uzmysławiała kwadratowość tworzonych kompozycji.
A JAZKAMER rozłożył mnie psychicznie na łopatki. Zmiażdżyli mnie od środka. Po ich koncercie nie miałem sił na kolejny koncert w Powiększeniu Wolframa, na który zarzekałem się wybrać.
Zaczęło się dość dziwnie, muzycy zasiedli na miejscach dla publiczności podczas słów wstępu wypowiadanych przez Roberta Piotrowicza jakby chcieli posłuchać nie występującego w tym roku Piotrowicza. Gdy zaczęli od razu zrobiło się nieprzyjemnie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Lasse na bosaka kręcił swoją elektroniką a Hegre pogrywał totalnie przestrojoną gitarą, Marhaug czasami też stawał się perkusistą i łapał za gitarę. Był też perkusista - Nils Are Drenen. Gdy uciekały mu talerze na podłogę to podejmował je z niej i grał dalej jakby nigdy nic, dopiero jak rozwalił do końca swoją perkusję to wyszedł zostawiając na scenie duet ;) Wyglądało to wszystko jak jakiś akt sceniczny odgrywany z wielką pasją, przejęciem i bezkompromisowością. Oczywista kakofonia nie została przerwana do końca.
Dość dużym zaskoczeniem dla mnie był SYNCHRONATOR. Ciekawy projekt wizualno/muzyczny Gert Jan Prinsa i Bas van Koolwijka. Dwa ekrany, dwie kompozycje grane jednocześnie, takie przepychanki z szumem w tle. Generalnie przyjemne szumy i glitche takie jakie można uzyskać szukając w kanału w starych telewizorach. Kto mógłby przypuszczać, że taka dualistyczna konstrukcja wyda interesujący efekt.
Trochę nie w moim guście był koncert Marcus Schmicklera. Strasznie głośne przetwarzanie sygnałów niczym połączenie toru Formuły 1 z startem statku kosmicznego. Za długo za głośno i za monotonnie. Wiele osób opuściło ten koncert co utwierdza mnie tylko w powyższym przekonaniu. Sam muszę stwierdzić, że raz zatkałem uszy to nie byłem w stanie zdzierżyć fali dźwiękowej.
Generalnie bardzo dobre wydarzenie, nie przypuszczałem, że MG może być tak inspirujące i tak pełne intensywności. Bardzo się cieszę, że festiwal zawitał do Warszawy i duet Piotrowicz/Zaradny wybrali ciekawych wykonawców. Oczywiście żałuję, że nie byłem w stanie być na wszystkich koncertach ale i tak jak już wspomniałem dawka muzyczna zaspokoiła mnie na kilka tygodni.
Brak komentarzy