M.I.M.E.O. w Polsce
2009-12-03, Robert Dołęga
fennesz noise live muzyka electronic event festiwal wigry kościół MIMEO orkiestra koncert Marcus Schmickler Gert-Jan Prins
Już jakiś czas temu to było, ale nie jest to odgrzewany kotlet. Pierwszy koncert orkiestry elektronicznej MIMEO miał miejsce w Domu Pracy Twórczej w Wigrach w weekend 13 listopada 2009 - 14 listopada 2009. Był to finał cyklu: „Półwysep Nowej Muzyki”. O wydarzeniu wiedziałem od kilku miesięcy i od samego początku zacierałem ręce przed tą uczą. Samo koncert miał być unikalny z kilku powodów. Po pierwsze logistyczne wyzwanie – zebranie tak wielu muzyków prowadzących swoje liczne projekty w jednym miejscu. Po drugie miejsce – gdzieś na Pojezierzu Suwalskim w Kościele pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, który jest otoczony przez jeziora.
Ja i moi ziomale (Madzia, Asia i Marcin), bez których ten wieczór nie wyglądałby tak samo byliśmy tylko ja jednym koncercie, tym kończącym, sobotnim.
Pierwsze wrażenia to: daleko, zimno, ciemno oraz zadziwiająco dużo ludzi. Czułem się jak na sumie w niedzielę. Wszystkie ławki zajęte nawet niektóry stali
gdzieś pomiędzy. Oczywiście w odróżnieniu do mszy nie było księdza na ambonie, nie było też kazania i tacy. Było za to kilkunastu muzyków, którzy rozsiedli
się w przejściu głównym ze swoimi urządzeniami, oraz oczywiście dźwięki które generowali.
Pomimo liczby członków oraz różnorodności sprzętu jaki był zaangażowany nie dało się usłyszeć kakofonii. Nie chcę tutaj pisać, że kakofonia jest czymś złym i nie daje się słuchać tudzież nie może ona być jakimś etapem przejściowym do kolejnego stanu. Chcę tylko zaznaczyć jaki klimat panował podczas koncerty. Było zimno, muzyka była łagodna, spokojna oraz przyjemna. Od czasu do czasu pojawiały się okresy podniosłe podczas których amplituda zdecydowanie rosłą, jednak głównie dało się słyszeć styl MIMEO. Podczas półtorej godzinnego jednego setu przyznam, że trzy razu przysnąłem ale to raczej ze zmęczenia spowodowanego dojazdem a nie samym koncertem. Pierwszy raz byłem w kościele na takim koncercie. Akustyka w muzyce elektronicznej jest bardzo ważna i to dało się odczuć wtedy. Nie bez kozery MIMEO to prawdziwa elektroniczna orkiestra.
i jeszcze kilka zdjęć z koncertu
Materiał video
Więcej:
Mont Blanc
2009-08-17, Robert Dołęga
extreme góry alpy Francja Mont Blanc Chamonix lodowiec Mont Blanc Tramway wakacje
I – IDEA
Sam pomysł padł jeszcze w zeszłym roku, bodajże Marcin coś rzucił mimochodem. Sprawa jednak wydawała się jakby nierealna, jakiś żart rzucony w przestrzeń. Trochę wszystko ucichło, zapadło się pod ziemię.
W kręgu moich znajomych było trzech, którzy stanęli na szczycie Mont Blanc, więc od czasu do czasu podpytywałem tylko któregoś z Nich o szczegóły ich wypraw. Bo jak wiadomo, każda wiedza, nawet ta mało potrzebna, może się kiedyś przydać.
Przełom nastąpił jakoś w grudniu, kiedy dowiedziałem się, że jest organizowany Zimowy Kurs Turystyki Górskiej, uczestnictwo w nim potraktowałem jako pierwszy etap przygotowań do MB. Tym samym zamiary zacząłem zmieniać w czyny i to lubię, bo jak niektórzy wiedzą: „actions speak louder than words”.
II – PRZYGOTOWANIA
Jak napisałem wcześniej, pierwszym etapem był Zimowy Kurs Turystyki Górskiej. Opis kursu znajduje się tutaj. Po nim miałem bardzo dużo zapału i pomysłów: „Jak to zrobić?”. Myślałem o zorganizowaniu czegoś z ekipą z Kursu, w grę chodziło również dołączenie do jakiegoś składu z for internetowych, pozostawał też pomysł wybrania się z Marcinem i Dawidem. Ziomale choć mało doświadczeni to jednak z wielką charyzmą oraz skłonnościami do dużych poświęceń.
Jako że skład na początku nie był najważniejszy, zacząłem przygotowania od samego siebie. Zwiększyłem aktywność fizyczną. Siedzenie przed kompem zamieniłem na bieganie i pływanie (dzięki Madziu). Ważnym elementem było również pozbycie się nadmiaru wagi. Chociaż mieściłem się w normie BMI, to jednak nie czułem się najlżejszy. Przy zwiększonej aktywności fizycznej oraz przy ograniczeniu spożywania nocnych posiłków jakoś łatwo doszedłem do zadowalającego poziomu.
Kolejnym etapem był kurs wspinaczkowy, on tylko minimalnie wpisywał się w tok przygotowań do MB, jednak obcowanie ze sprzętem (linami), przypomnienie sobie pewnych schematów z kursu marcowego oraz podpytanie prowadzącego o jakieś niuanse na pewno się przydało.
W międzyczasie rozwiązała się sprawa ekipy. Doszliśmy do wniosku razem z Dawidem i Marcinem że będzie ciężko ale może nam się udać. Właśnie czytam sobie kolejne maile wysyłane miedzy nami i moje obawy zawarte w nich. Teraz trochę się dziwię, że się zdecydowałem ;)
Spraw ciągle było wiele do rozstrzygnięcia. Od wizji wyprawy, przez transport oraz zakupy do czysto prozaicznych czy dostaniemy urlop. Nie wchodząc w szczegóły zdołaliśmy to jakoś ogarnąć.
Może nie była to najlepiej przygotowana wyprawa, z małym doświadczeniem uczestników i brakami w sprzęcie, to jednak nie była to jakaś żenada skazana na totalną klapę. Czuje, że mieściliśmy się w szerokiej średniej :)
III – ZAKUPY
Trochę sprzętu już miałem, jak buty, śpiwór, plecak, kurtka czy spodnie. Dokupić jednak albo wypożyczyć musiałem bardziej techniczne elementy jak raki, czekan, linę, uprząż czy czołówkę. Oczywiście takie elementy jak polary, mapy, kompas czy jedzenie i termosem też trzeba było uzupełnić. Generalnie trochę zabawy było i przeglądania katalogów i szukania okazji, jednak na kilka dni przed datą wyjazdu udało mi się skompletować listę, którą gdzieś tam zobaczyłem w Internecie, a którą trochę zmodyfikowałem.
IV – EKSPEDYCJA
31.07.2009 – Wyjazd z Warszawy o godzinie 21.30. Po dotarciu do Marcina – co nie było łatwe z uwagi na wagę całego barłogu i wrzuceniu wszystkiego do załatwionego przez Marcina auta, nie pozostawało nic innego ja ruszyć na Zachód. 1800 km na 3 osoby podzielone zostało, więc dla każdego po 600 km wypadało. Mnie odcinek niemiecko – szwajcarski przypadł. A jechaliśmy mniej więcej tak: Warszawa – Poznań – Berlin – Lipsk – Norymberga – Stuttgart – Berno – Martigny – Chamonix-Mont-Blanc.
01.03.2009 – Przyjazd do Chamonix wypadł jakoś wczesnym popołudniem. Po wrzuceniu czegoś na ruszt i ogarnięciu spraw pogodowo-zakupowych udaliśmy się na naszą miejscówkę – kemping "Les 2 Glaciers" (http://www.les2glaciers.com) . Całkiem przyjemne miejsce i pomimo kiepskiej pogody, dwa lodowce Glacier des Bossons i Glacier de Taconnaz tworzyły dobry klimat.
02.08.2009 – Jako, że tego dnia była kiepska pogoda, a nie chcieliśmy kisić się w namiocie, ruszyliśmy na zwiedzanie – jak się mogło wydawać – atrakcyjnego pobliskiego miasta. Genewa, bo o tym mieście zagajam jest położona jakąś godzinę jazdy samochodem od Chamonix. Czas szybko zleciał i pojawiliśmy się w mieście Kalwina, CERN-u oraz ONZ-u. Miasto jak miasto, nie wywarło na nas piorunującego wrażenia, jednak nie można powiedzieć, że jest brzydkie i niepolecane. Bardzo ładne jest Jezioro Genewskie z fontanną, wiele zadbanych budynków, ładny park ;). Wybieranie się do CERN-u w celu zrobienia sobie jakiejś fotki mija się z celem, gdyż siedziba organizacji jest położona na obrzeżach miasta i nie posiada ona jakiegoś budynku symbolu, który dobrze wkomponowuje się tło.
03.08.2009 – Kolejny dzień brzydkiej pogody przeznaczyliśmy na mały trekking jedną z licznych tras. Wybraliśmy najbliższą mijającą dwa lodowce: Glacier des Bossons oraz Glacier de Taconnaz. Dość łatwa trasa do 2200 m n.p.m. Takie dobre przetarcie przed wyprawą na MB.
04.08.2009 – To był pierwszy dzień ładnej pogody. Świeciło słońce, było idealnie na małą aklimatyzację. Wjechaliśmy kolejką na Aiguille du Midi na 3842 m n.p.m. Jednak generalnie rzecz ujmując to była słaba aklimatyzacja. Wstaliśmy późno, o 11 już była długa kolejka do kas – jak na Kasprowy Wierch. O 13 była nasza kolej na wjazd. Na szczycie byliśmy niespełna dwie godziny. Nie udało nam się zejść na śnieg i pochodzić w rakach z czekanami i liną. Tylko trochę nasze organizmy poczuły wysokość. Jednak to musiało wystarczyć bo na następne dni szykowała się wyborna pogoda do akcji górskiej i wiedzieliśmy, że następnego dnia ruszamy.
Po powrocie z góry musieliśmy sprawdzić w jakich godzinach kursuje kolejka: Les Houches – Bellevue, oraz w jakich godzinach kursuje tramwaj z Bellevue do Nid d'Aigle. Po powrocie na kemping nastąpiło przepakowanie plecaków, podział obciążenia i wczesne pójście spać. Jednak musieliśmy trochę wstrzymać nasz sen. Wydarzyła się rzecz niebywała. W międzyczasie wykorzystywaliśmy w jakimś stopniu nasz samochodowy akumulator. Ładowaliśmy nasze telefony i słuchaliśmy ulubionych płyt ;) Wieczorem coś mnie natchnęło aby spróbować uruchomić samochód. I pojawił się problem – nie udało się uruchomić silnika. Rozładowaliśmy akumulator. Przez pół godziny szukaliśmy kabli do akumulatora którymi można byłoby połączyć naszą baterię z jakąś naładowaną. Udało się po jakimś czasie. Całe wydarzenie skończyliśmy na przejażdżce po Chamonix. Poszliśmy spać dopiero przez północą.
05.08.2009 – Dzień zaczął się bardzo wcześnie, bo na 6 rano ustawione były budziki. Po szybkim śniadaniu złożyliśmy namiot oraz dopakowaliśmy nasze plecaki ostatnimi rzeczami. Wyjazd do Les Houches o 7. Tam o 7.30 wsiedliśmy do kolejki linowej, która zawiozła nas do Bellevue. O 8.10 przyjechał TMB, który po 20 minutach dostarczył nas do Nid d'Aigle na 2362 m n.p.m. a była wtedy prawie dziewiąta. Od tego momentu zaczynał się nasz trekking na Mont Blanc.
Pierwsze metry nawet z ciężkimi plecakami wydają się łatwe, szybko łapiemy wysokość a po ponad godzinie marszu mijamy barak Forestiere leżący na wysokości 2768 m n.p.m. Następnie przechodzimy koło schroniska Tête-Rousse 3167 m n.p.m., gdzie niektórzy robią sobie bazę przez atakiem na MB, my jeszcze 600 metrów chcemy zrobić tego dnia.
Kolejny obszar przez który idziemy to tzw. Kuluar Rolling Stones, czyli słynny i niebezpieczny żleb z powodu spadających z dużą prędkością kamieni. Sam byłem wiele razy świadkiem lecących odłamków skalnych. Nad żlebem rozwieszona jest lina mająca ułatwiać przejście, jednak jest trochę za wysoko rozciągnięta i nie wiele osób z niej korzysta. Dla mnie ona wyglądała jak sznur na ranie. Nie będzie to chyba niespodzianką jak napiszę, że odcinek ten był pokonywany w wysokim tempie.
Za Rolling Stones-ami rozpoczął się odcinek bardzo stromy. Już nie było trekkingu z kijkami, zastąpiły go liny i mozolne podchodzenie pod Aiguille du Goûter. Przez kilka godzin widać było dwa schroniska: Tête-Rousse i Aiguille du Goûter, jakby ciągle pozostawały na swoich miejscach. Odległości miedzy nami a schroniskami w ogóle się nie zmieniały, co nie muszę tłumaczyć, było frustrujące i nie dodawało sił.
Ok. 16 docieramy do destynacji dnia: Aiguille du Goûter (3863 m n.p.m.). Tam rozbijamy nasz namiot. Na tej wysokości, pomimo wcześniejszej aklimatyzacji, słabo się czujemy. Mnie boli cholernie głowa, wolę się nie ruchać. Trzeba jednak się przepakować i coś zjeść. Liofilizowana żywność się przydaje, jest łatwa w przygotowaniu i pożywna. Jednak nie chce mi się jeść, wszystko wykonuję powoli, zatrzymując się co jakiś czas. Nie ma co się dziwić, że nie ma bieżącej wody a ta w butelkach kosztuje 5 euro, dość drogo.
W sumie dość ciężkie chwile nas czekają. Nocleg na śniegu na dużej wysokości, nie wszyscy z nas mieli sposobność zasmakowania takich warunków, konieczność jakiejś regeneracji i zebranie sił. Oczywiście najistotniejsze było zdecydowanie i odpowiedzenie sobie na pytanie: czy idziemy dalej? To jednak zostawiliśmy sobie na wczesny ranek dnia następnego. Po 20 wsuwamy się w śpiwory i staramy się zasnąć, bo zegarki mają nas obudzić o 2:30. Udaje mi się zasnąć.
06.08.2009 – Pobudka była wcześniej, jakoś krótko po drugiej. Ja spać nie mogłem już od ponad godziny. Budziły mnie przemarsze kolejnych zespołów ruszających na Mont Blanc. Wstałem więc i jak wychyliłem się z namiotu zobaczyłem cos pięknego. Trasę na MB wyznaczoną przez czołówki zespołów udających się na szczyt. Wyglądało to jak świecący orszak wijący się w masywie Mont Blanc. Wszędzie ciemno, leżący śnieg i te światła – widok niezapomniany. Oddalone święcące punkty uzmysłowiły mi, że za jakiś czas to my staniemy się takim punktem. To też niezapomniane uczucie.
Po obudzeniu się, wybrałem rolę kucharza. Kaszka z musli i herbata musiały wystarczyć na dobry początek. Następnie zaczęły się przygotowania od ubrania się i spakowania plecaka po założenie sprzętu na siebie. Plecaki były zminimalizowane to granic możliwości. Ja zabrałem tylko napoje i wyliczoną żywność oraz jakieś elementy ubraniowe – generalnie wszystko miałem na sobie, bo jak wyruszaliśmy to było raczej zimno. Od razy założyliśmy uprzęże i raki oraz złączyliśmy się liną. O czołówkach i czekanach nie wspomnę.
O 3:30 wyruszyliśmy z bazy w Aiguille du Goûter w kierunku Mont Blanc. Szło się dobrze, aż zadziwiające to było. Podejście pod Dôme du Goûter było dość długie ale nie strome, co kontrastowało z podejściem wczorajszym. W trakcie marszu pod górę w pewnym momencie okazało się, że drogi się rozdwajają. Nie wiem gdzie prowadziła ta druga ;) Po 5 zdobyliśmy ten szczyt, Dôme du Goûter 4306 m n.p.m., zaczynało świtać. Za pikiem było małe zejście a po nim zaczynało się podejście pod schronisko Refuge Vallot 4362 m n.p.m. Powyżej 4300 m n.p.m. ciężko się szło. Co chwilę się zatrzymywaliśmy choćby na kilka sekund alby wziąć kilka oddechów ewentualnie napić się naszego roztworu – woda z witaminkami + żelazo. Przed 7 rano już w promieniach słońca minęliśmy tzw. Vallot-a, oczywiście zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę.
Po baraku było już dobrze widać cel całej wyprawy. Trasa jednak nie był prosta. Było tam jeszcze kilka małych wzniesień, a raczej małych form wypukłych, które w tych warunkach pokonywało się w żółwim tempie i zajmowało ok. pół godziny z wieloma przystankami.
Robiło się coraz jaśniej i cieplej, lecz ciągle było poniżej zera. Ścieżka była dobrze trawersowana a na poboczu zalegał zamarznięty śnieg. Pojawiły się jednak problemy dość nieoczekiwane. Wielkim utrudnieniem w pokonywaniu wysokości było mijanie się z zespołami, które schodziły już ze szczytu. Raz byłem uczestnikiem wyprzedzania ‘na trzeciego’ na małej ale stromej grani o szerokości jednego metra. Nie dało rady, trzeba było się zatrzymać.
Nie pamiętam o której weszliśmy na grań szczytową, prawdopodobnie było to ok. 9, ale fakt bliskości Mont Blanc dodawał mi sił. Mocno pracowałem płucami jednak nie potrzebowałem dłuższych odpoczynków. Powoli ale sukcesywnie pięliśmy się do góry. Grań jest ekstremalnie długa, i gdy wydawało się, że to już to miejsce to okazywało się, że jeszcze trzeba podejść kilkadziesiąt metrów.
Kilka minut przed 10, szóstego sierpnia 2009 roku stanąłem na Mont Blanc – najwyższej górze Europy. Dokonałem tego razem z moimi kolegami, Dawidem i Marcinem. Po 6 godzinach i 30 minutach, zmęczony ale szczęśliwy siedziałem na „Dachu Europy”. Było przyjemnie. Sam szczyt jest częścią grani szczytowej i jest długi oraz wąski. Jest niewiele miejsca żeby sobie usiąść i świętować. Kilkadziesiąt osób, które razem ze mną były na szczycie w tym czasie zajmowało kilkunastometrowy pas. Każdy był zadowolony i się uśmiechał. Niektórzy telefonowali do najbliższych inni robili sobie zdjęcia a jeszcze inni po prostu się cieszyli. Jeden człowiek wtargał na szczyt syntezator i śpiewem oraz muzyką jeszcze bardziej umilał chwile na szczycie wszystkim zdobywcom. To było naprawdę nieprawdopodobne.
Po pół godzinie przyszedł czas na odwrót. Droga w dół chociaż wydawała się łatwiejsza to miała taką samą długość. Pomimo że lżej się schodziło bo siła grawitacji nam pomagała, to jednak już było prawie południe i słońce bardzo przeszkadzało. Za Refuge Vallot a przed Dôme du Goûter przechodziliśmy przez istną pustynię śnieżną. Wszędzie śnieg, dużo słońca a zapasy płynów powoli zaczynały się kurczyć. To było równie męczące jak podchodzenie granią szczytową. Jednak odcinki pokonywaliśmy zauważalnie szybciej i po 13 wróciliśmy do naszej bazy Aiguille du Goûter, gdzie zostawiliśmy, jeszcze w nocy, nasz namiot, śpiwory i wszystkie niepotrzebne na szczycie rzeczy. Po małym posiłku i odsapnięciu decydujemy się na dalsze schodzenie. Decyzja trudna jednak Dawid i Marcin nie chcieli spać w śniegu na tej wysokości. Ok. 14 byliśmy już spakowani i gotowi do dalszej podróży. Przyznam, że nie chciało mi się więcej chodzić tego dnia, jednak trzeba było pójść na jakiś kompromis. O 14 zaczęła się również walka z czasem, idealnie byłoby dotrzeć do Nid d'Aigle na 18:40 kiedy to odjeżdżał ostatni pociąg na dół.
Schodziło się ciężko i raczej wolno. Pionowa ściana w drugą stronę była tak samo wymagająca. Wysokość jednak traciliśmy i głowy już nie bolały, każdy z nas miał też świadomość zdobycia szczytu. Podczas schodzenia uświadamiałem sobie jak dużym wysiłkiem było zdobycie MB, jak ciężkie były odcinki, które dnia poprzedniego pokonywałem.
Przed 18 byliśmy przy Tête-Rousse i jasne się stało, że nie zdążymy na pociąg. Woda nam się skończyła już jakiś czas temu i robiło się coraz mniej przyjemnie. Drogi przed nami ciągle dużo a wysokość ponad 3000 m n.p.m. Przestaliśmy pędzić i zaczęliśmy rozglądać się za źródłem wody. Nie udało nam się znaleźć żadnego strumienia, pojawiły się jednak kozice. Dużo ich było, chyba kilkadziesiąt na odcinku od Tête-Rousse do Nid d'Aigle, gdzie pojawiliśmy się po 20. Robiło się już ciemno, nie mieliśmy wody, byliśmy spragnieni i zmęczeni. Nie było kolorowo. W sumie to nie mieliśmy pomysłu co zrobić. Mogliśmy oczywiście schodzić na sam dół ale to byłyby co najmniej dwie godziny drogi a my i tak już mieliśmy ok. 15 tego dnia w nogach. Okazało się jednak, że niedaleko jest małe schronisko, które stało się miejscem zakupu wody. Ostatnia niegazowana oraz dwie gazowane wody musiały wystarczyć. Dostaliśmy też zastrzyk wiedzy o otaczającym terenie oraz o możliwości ruszenia się z niego. Jakaś dziewczyna, prawdopodobnie pracownica schroniska, dała nam kilka wskazówek, którędy schodzić i jak daleko jest do cywilizacji. Informacje te nie były wspaniałe ale przynajmniej wiedzieliśmy, że raczej nie ma szans na zejście do Chamonix.
Zeszliśmy torami tramwajowymi do miejsca gdzie można było rozbić namiot. Było to w połowie drogi między Nid d'Aigle a Bellevue. Było tam trochę kamieni i duża trawa jednak było też trochę płaskiego. Ok. 21 po małej kolacji w postaci dwóch kabanosów wbiłem się w śpiwór i poszedłem spać. Nie był to jednak koniec dnia. Po pół godzinie usłyszeliśmy jakieś głosy. O tej porze w tym miejscu to jakieś zwierzęta można tylko spotkać, ludzi się nie spodziewaliśmy. Sytuacja dość dziwna. Później okazało się, że jest to Słowak, który szuka jakiegoś starszego siwego człowieka, który rzekomo tego dnia był na Mont Blanc i schodząc gdzieś się zgubił. Nie wiem jak dalej się ta sprawa potoczyła, my poszliśmy spać.
To był dłuuugi i ciężki dzień.
07.08.2009 – Pobudka o 7:30 aby zdążyć przed pociągiem. Szybko się zabraliśmy do dalszej drogi, nie było jej jednak dużo – pół godziny do Bellevue, gdzie wsiedliśmy do kolejki linowej, która zwiozła nas Les Houches, gdzie stał nasz samochód. Korzystając ze zdobyczy cywilizacji, w pierwszej kolejności wzięliśmy prysznic i uzupełniliśmy płyny. Wtedy można było już wykonać parę telefonów z informacją – udało się, weszliśmy i zeszliśmy.
Po przyjechaniu do Chamonix był czas na jakiś obiad i oczywiście zakupy. Ok. 14 wyjechaliśmy w stronę Warszawy.
08.08.2009 – Dzień ten zaczął się na autostradzie w Niemczech, Dawid miał swoją zmianę, którą kończył za dwie godziny. Po przekroczeniu granicy niemiecko-polskiej zasiadłem z kółkiem. O 8:30 wjeżdżaliśmy do Warszawy.
Rolling Stones
TMB
Dôme du Goûter
Mont Blanc
Więcej:
- http://www.les2glaciers.com
- http://chamonix-meteo.com
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Mont_Blanc
- http://en.wikipedia.org/wiki/Mont_Blanc_Tramway
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Chamonix-Mont-Blanc
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Genewa
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Fondue
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Kalwin
- http://pl.wikipedia.org/wiki/CERN
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Organizacja_Narod%C3%B3w_Zjednoczonych
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Aiguille_du_Midi
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Lodowiec_des_Bossons
- http://robertdolega.com/post.php?id=16&insert=0&title=Zimowy%20Kurs%20Turystyki%20G%C3%B3rskiej
- http://fr.wikipedia.org/wiki/Nid_d%27Aigle_(TMB)
- http://fr.wikipedia.org/wiki/Refuge_du_Nid_d%27Aigle
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Aiguille_du_Go%C3%BBter
- http://pl.wikipedia.org/wiki/Grand_Couloir
- http://fr.wikipedia.org/wiki/Refuge_Vallot
- http://pl.wikipedia.org/wiki/CERN
Zorn Fest
2009-07-04, Robert Dołęga
warszawa muzyka event festiwal WSJD Zorn Electric Masada The Dreamers Sala Kongresowa koncert
Pierwszy raz udało mi się być na koncercie w ramach Warsaw Summer Jazz Days, był to również pierwszy od dłuuugiego czasu koncert w Sali Kongresowej.
Nie było wnoszenia sztandaru, był Zorn Fest czyli święto Johna Zorna, więc musiałem na tym być :)
3 lipca w Sali Kongresowej zagrali w kolejności: John Zorn Quartet (Anthony Braxton - sax, John Zorn - sax, Bill Laswell - bass, Milford Graves - drums) The Dreamers (Marc Ribot - guitar, Jamie Saft - keyboards, Kenny Wollesen - vibes, Trevor Dunn - bass, Joey Baron - drums, Cyro Baptista - percussion, John Zorn - director) Electric Masada (John Zorn - sax, Marc Ribot - guitar, Jamie Saft - keyboards, Kenny Wollesen - drums, Trevor Dunn - bass, Joey Baron - drums, Cyro Baptista - percussion, Ikue Mori - electronics)
Było pięknie chociaż trochę dziegciu pojawiło się.
John Zorn Quartet z Laswell na basie i tym jednoznacznie rozpoznawalnym stylem gry Zorna był nie tylko aperitifem ale ucztą przed ucztą. Prawdziwy jazz jak to mówił przed koncertem Adamiak. Graves grał strasznie nierytmicznie, jakby balansował, jakby grał od niechcenia. W drugim secie zrobił dla mnie coś dziwnego. Wyszedł do publiczności i zaczął tańczyć z jednym fanem i fanką, co skończyło się wzięciem 'na barana' tego pierwszego. W sumie coś irytującego dla tego na górze. Oczywiście panowie stworzyli przyjemne dla ucha chwile, z dużą ilością improwizacji, solówek. Było głośno i dynamicznie, Było dobrze.
Potem około godzinny koncert dali The Dreamers, Zorn jako dyrygent. Chyba nie znam bardziej przyjemnej muzyki w odbierze. Strasznie lekka, łagodna, melodyjna. Bardzo liczny osobowo skład grupy, dużo nietypowych - można powiedzieć - instrumentów. Marc Ribot oczywiście się wyróżniał, generował różnicę, wszyscy jakby tworzyli tło a on akcenty (nawet z zerwaną struną). Poznawanie Zorna (chyba) od Dreamersów polecałbym.
Na koniec Electric Masada, czyli The Dreamers z Zornem. I pomimo zaangażowania, pomimo życia tym co robią, pomimo gry Zorna, która była podobna do tej z pierwszego koncertu, była piękna. Pomimo dyrygowania Zorna, które czasami, widać przeszkadzało mu grać, pomimo tego że widać było, że to jest prawdziwy zgrany zespół, cos było nie tak. I tutaj powiem o tym dziegciu. Podczas trzeciego koncertu, Electric Masada słychać było straszny beat w tle, nie był to beat Electric Masada, tylko beat płynący z klubu nieopodal - Mirage. Było to żałosne i trzeba o tym powiedzieć. Podczas przerw w graniu Electric Masada bardzo słyszalne, nie wiem co sobie o tym myślał Zorn, gdyż na 100% to słyszał również. Podczas gry Electric Masada beaty przeszkadzały w odbierze, jakże wysublimowanych dźwięków ekipy Zorna. Nie wiem czyja to wina ale w pierwszej kolejności pytałbym organizatorów.
Mimo wszystko zadowolony byłem z tego, że się wybrałem.
Więcej:









